Co dalej z Bałtykiem?

W sezonie 2016/17 Bałtyk Koszalin walczył o awans do trzeciej ligi. Wystarczyło nie przegrać ze zdegradowanym Dąbem Dębno na wyjeździe. Skończyło się porażką 0:1, a klub pozostał w czwartej lidze.

Kilka lat później doszło do meczu o podobnym ciężarze gatunkowym i do kompromitacji o podobnej skali. Porażka 2:3 z praktycznie zdegradowanym Chemikiem Police, który przed przyjazdem do Koszalina wygrał zaledwie raz i strzelił tylko siedem goli, niemal przekreśla szanse na awans do grupy mistrzowskiej i co gorsza – sprawia, że kwestia utrzymania pozostaje sprawą otwartą.

A o grupę mistrzowską i pewne utrzymanie, w zapowiadającym się na jeden z najlepszych sezonów w historii klubu, przecież chodziło. Wystarczyło wygrać dwa ostatnie spotkania, tymczasem na Andersa przyjechał w niepełnym składzie zespół, którzy tydzień wcześniej przyjął dziewięć bramek od Raduni Stężyca. Przyjechał i nikt nie mógłby się obrazić, gdyby do przerwy schodził z kilkubramkowym prowadzeniem. Niestety, ale Bałtyk po raz kolejny potwierdził, że w meczach o wysoką stawkę, gdzie występuje w roli zdecydowanego faworyta, brakuje mu wiele. Tak było wczoraj, tak było w przywoływanym spotkaniu z Dąbem, tak było i kilkukrotnie w zwykłych meczach ligowych. Najlepszy przykład – runda jesienna, mecz z Górnikiem Konin. Co prawda wygrany po golu z rzutu karnego w doliczonym czasie gry, ale jednak i tam było widać wiele braków.

Jak zawsze swoje robił Oskar Pogorzelec, na pewno do kilku zawodników typu Paweł Rak nie można mieć pretensji, ale nie da się ukryć, że nie wszyscy gracze – i w meczu z Górnikiem, i w spotkaniu z Chemikiem – grali na maksimum zaangażowania i koncentracji. W sobotę stworzyło to dość nietypową mieszankę – Pawła Raka i Szymona Waleńskiego, którzy grali z kontuzjami, kilku zawodników, którzy walczyli, kilku, którym przeszkodziły większe lub mniejsze urazy doznane podczas meczu (Dawid Gruchała, Marcel Pietrykowski) i kilku, którym do optymalnej formy brakowało wiele. Na pewno nie pomogła też kalkulacja trenera Mariusza Lenartowicza, który posadził na ławce m.in. zagrożonego pauzą za żółte kartki Arkadiusza Jasitczaka, by nie ryzykować jego absencji w – wydawało się – kluczowym meczu z Pomorzaninem w Toruniu.

W meczu, który miał być spotkaniem o grupę mistrzowską, a stał się rywalizacją z bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie.

Niemniej narzekać na decyzje kadrowe można, ale nie da się ukryć – Chemika Police trzeba było pokonać, bo porażka przekreśliła bardzo udaną rundę jesienną. Dziś już nikt nie będzie wspominał efektownych zwycięstw z Sokołem Kleczew czy Unią Janikowo, bo wszystko przekreślił ten jeden jedyny mecz.

Czy dziś, po fiasku walki o grupę mistrzowską, można z pełną świadomością powiedzieć, że Bałtyk i tak jest za mocny, żeby spaść z ligi? Wątpliwości jest cała masa.

Przede wszystkim niewykluczone, że z zawodników po takim rozczarowaniu zejdzie powietrze. I to nie tylko ze względu na wynik sportowy, ale nie jest specjalną tajemnicą, że klub znajduje się w bardzo trudnej sytuacji finansowej, która powoduje m.in. spore opóźnienia w wypłatach zawodników. Już dziś kilku z nich rozważa zmienę otoczenia po sezonie. Jak zawsze będzie spore zainteresowanie Dawidem Gruchałą i być może wreszcie uda się mu pójść wyżej, na co na pewno zasługuje. Oskara Pogorzelca bardzo chciała zimą Kotwica Kołobrzeg, też trudno spodziewać się, że zostanie w Bałtyku. A pewnie zmian będzie jeszcze wiele, wiele więcej. Tym bardziej że sytuacja finansowa zbytnio się nie zmieni. Za Bartka Putno klub otrzymał mniej niż oczekiwał, pieniądze z Pro Junior System nie będą wielkie. Można liczyć na sprzedaż Kacpra Kozłowskiego przez Pogoń Szczecin, bo Bałtyk ma zapisany pewien procent, ale na razie są to tylko życzenia.

I co gorsza – nie widać ani nadziei na poprawę sytuacji finansowej, ani następców dla zawodników. O ile ze względu na umiejętności i moment transferu (tuż przed zamknięciem okienka, co bardzo zdenerwowało trenera) trudno było zastąpić Bartka Putno, o tyle można sobie wyobrazić, że latem tak samo trudno będzie zastąpić pozostałych. I to mimo że czasu będzie więcej.

Bo kto zastąpi Gruchałę? Pewnie Sebastian Ginter, ale znowu spowoduje to powstanie dziury niżej. Za Pogorzelca mogą grać młodzi bramkarze, ale będzie to spadek o kilka pięter. Wymieniać można dalej. Niestety, jeżeli potwierdzą się najczarniejsze scenariusze, to Bałtykowi trudno będzie o choć przyzwoite zastępstwa, a tym samym opcja utrzymania w przyszłym sezonie może stać się mało realna.

A to wszystko, oczywiście, zakładając zachowanie ligowego bytu w obecnych rozgrywkach.

W normalnych okolicznościach, przy awansie do grupy mistrzowskiej, można byłoby ogrywać młodych, ale właśnie – teraz tej możliwości nie będzie. Kilku utalentowanych zawodników, chociażby z drużyny juniorów młodszych, nie będzie miało szansy powąchać murawy.

A na przykładzie Mieszka Gniezno, Górnika Konin czy właśnie Chemika Police widzimy, jak kończy się późniejsze rzucenie młodych zawodników bez przygotowania i ogrania na trzecioligowy poziom.

Czy z Bałtykiem będzie podobnie? Oby nie, choć dziś trudno optymistycznie patrzeć w przyszłość.

Norbert Skórzewski